IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Marilee O'Neill

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Marilee
Strażnik muru Rose
avatar

Dołączył : 29/07/2013
Posty : 177

PisanieTemat: Marilee O'Neill   Pon Sie 05, 2013 9:17 am


   
   
Marilee Ruari

O'Neill

   
   

   
Umiejetnosci

   
- Marilee bezbłędnie posługuje się bronią białą różnego rodzaju.

- Bardzo dobrze jeździ konno, zważywszy że trenuje to od wielu, wielu lat.

- Potrafi strzelać z łuku, zarówno stojąc jak i podczas jazdy konnej.

- Dobrze posługuje się trójwymiarowym manewrem.

   
Dodatkowe

   
- Jej rodzina, choć nie jest to żaden ród szlachecki, znana jest z wyjątkowych żołnierzy, którzy w większości trafiają do Żandamerii. Najsłynniejsza jest chyba jej matka - jedna z najodważniejszych i najbardziej bezwzględnych żołnierzy w całej armii. Budzi podziw wielu ludzi, w głębi serca Marilee chciałaby być taka jak ona.

- Uwielbia koty i konie. Całym, szczerym sercem nienawidzi psów - ze wzajemnością.

- Pije dużo herbaty.

- Potrafi grać na pianinie i tańczyć.

- Dym papierosowy ją drażni. Z alkoholi toleruje tylko wino i nic innego.

- Mimo, że nie ma wykształcenia lekarskiego, jest bardzo dobrym i przydatnym na polu walki medykiem.

- Nigdy nie była w żadnym związku, żaden chłopak nie zwrócił jej uwagi. Całą siebie poświęcała pracy i nauce, nie mając czasu na takie rzeczy jak miłość czy inne zauroczenia.

- Wyjątek stanowi oczywiście Irvin Smith, muah muah ♥


   


   
" My age has never made we wise.

But I keep pushing on and on..."

   

   - data urodzenia: 16.12
- wiek: 23 lata
- miejsce zamieszkania: urodziła się w Sinie, jednak teraz mieszka w Rose
- grupa: Korpus Stacjonarny;
- zawód: Strażnik Muru Rose




   
Wyglad


"- Biedactwo - wzdycham z udawanym współczuciem. - Chyba pierwszy raz w życiu nie wyglądasz ładnie, co?
- Na pewno - burczy - To zupełnie nowe doznanie. Jak sobie radziłaś z tym przez tyle lat?
- Wystarczy trzymać się z dala od luster. Zapomnisz - odpowiadam. "




Nie jest typową pięknością, za którą oglądają się mężczyźni. Nie doczekała i raczej nigdy nie doczeka się swoich fanów. Mimo to, nie jest osobą brzydką - bądź co bądź nie ma problemów ze spojrzeniem w lustro.Jest wysoka, bowiem mierzy ponad metr siedemdziesiąt pięć. Jej waga jest jak najbardziej prawidłowa, ze względu na ciągły wysiłek fizyczny, codzienne treningi i zdrowy sposób odżywiania się. Mięśnie, choć nie są widocznym gołym okiem, jak najbardziej można wyczuć pod palcami. Może i brakuje jej typowo kobiecych krągłości, jednak nie jest deską. Co to, to nie.Mimo że powtarzano jej, że tak długie włosy nie są atutem w wojsku i powinna się ich pozbyć, nigdy nie przeszło jej przez myśl, by je ściąć. Zatem rosły, rosły i aktualnie sięgają jej do połowy pleców. Co prawda ich kolor jest raczej pospolity - w ciemnym pomieszczeniu ciężko określić czy są rude czy brązowe, jednak w słońcu nabierają ładnego, pomarańczowego blasku. Na ogół stara się spinać je na różne sposoby - kitki, warkocze, koki, jednak często można ujrzeć ją w rozpuszczonych. Cechami wyglądu, które dziewczyna bardzo u siebie lubi, są jeszcze oczy - duże, o migdałowym kształcie i nieokreślonym kolorze, który w zależności od kąta padania światła staje się ciemniejszy i jaśniejszy. O czym warto wspomnieć to to, że podczas lata policzki i nos O'Neill zostają obsypane piegami, które jednak znikają, wraz z kończącą się gorącą porą roku. Ubiera się tak, jak większość kobiet. Na służbie z dumą nosi mundur, jednak będąc w cywilu, spodnie nie do końca jej pasują - ma pewne zasady wyniesione z domu. Na ogół przyodziewa sukienki bądź spódnice, sięgające do kostek i nieco ponad nie. Są one w kolorach stonowanych, nie rzucających się w oczy. Będąc w Sinie stara dostosować się do mody, jaka panuje na ulicach. Nie ma więc problemu z założeniem szytej na miarę, długiej zdobionej sukienki w ciekawym, nietuzinkowym kolorze. Z biżuterią nie przesadza. Jedną z nielicznych ozdób jakie nosi to srebrny wisiorek z zieloną, czterolistną koniczynką.
   
   

   
Charakter

   
Ma swoje wady i zalety - jak każdy. Tylko i wyłącznie od rozmówcy zależy, czy zechce je poznać bliżej. Dziewczyna jest tajemnicza. Sprawia wrażenie cichej, zamkniętej w sobie osoby. Niegdyś nawet przyczepiono jej łapkę aspołecznej, co - szczególnie w przypadku Marilee jest bardzo krzywdzące. Choć dziewczyna raczej stara się trzymać na uboczu i nie wyróżniać, nie ma problemów z nawiązywaniem kontaktu z ludźmi. Ba, wręcz uwielbia towarzystwo, szczególnie bliskich - jest to coś, co daje jej motywację i chęć do działania. Panicznie boi się samotności. Być może nie otwiera się zbyt szybko przed nowo poznanymi osobami i musi minąć trochę czasu, by była w stanie komuś zaufać, jednak biorąc pod uwagę jak lojalną osobą jest Mari, chyba warto uzbroić się w cierpliwość. Jej słabością jest ból i cierpienie ludzi, nawet obcych. Chętnie niesie pomoc potrzebującym, wiele osób mogło przekonać się już, że dziewczyna nie rzuca słów na wiatr i można na nią liczyć. Marilee jest szczera, czasem nawet aż za bardzo. Otwarcie opowiada o swych przemyśleniach i refleksjach, nieświadomie raniąc co wrażliwsze osoby. Choć nie jest głupia, daleko jej do geniuszu - nie każda strategia jaką obmyśli jest najlepszym wyjściem z sytuacji. Czasami co prawda potrafi wpaść na genialny pomysł, który jak najbardziej nadaje się do wcielenia w życie. Pewna siebie, znająca swoją wartość osoba. Mimo to, nie wyobraża sobie objąć dowództwa nad jednym z oddziałów. Zdecydowanie lepiej czuje się, gdy to ona musi spełniać czyjeś rozkazy. I tu warto wspomnieć, że Mari to typowy żołnierz - lojalny, niezwykle zapatrzony w swego dowódcę, zrobi wszystko co ten rozkaże.Lubi sprawiać wrażenie silnej i psychicznej. Łatwo jednak ją zranić i choć nie pokaże tego wprost, urazę będzie chować w sercu jeszcze przez długi, długi czas.


   
   

   
Biografia

   
"Nie jesteśmy rodem szlacheckim, a mimo to nasza historia jest czymś ciekawym, wartym opowiedzenia. Sięga daleko, jeszcze do czasów, nim ludzkość zamknęła się w klatce. Zawsze lubiłam przyglądać się olbrzymiemu drzewu genealogicznemu, jakie znajdowało się w jednym z pokojów posiadłości. Uwielbiałam siadać na kolanach ojca i słuchać opowieści o niektórych członkach rodziny, którzy w jakiś sposób przysłużyli się tym, by ich historia została zapamiętana. Tata miał talent do opowiadania. Nawet, jeżeli niektóre z opowieści były zmyślone czy nieco podkoloryzowane, chłonęłam je niczym gąbka wodę marząc, że w przyszłości również będę kimś wyjątkowym. Tak jak mama. Chociaż może lepiej nie do końca. Moja matka to bardzo specyficzna osoba, której większość Żandarmerii zwyczajnie się obawia. Wcale im się nie dziwię. Tradycjonalistka, służbistka, brutalna, nie tolerująca sprzeciwu... niezła mieszanka wybuchowa. Chce ustawić Żandarmerię do pionu, całkowicie zlikwidować korupcję i pogląd, że żołnierze z tego korpusu to pazerni egoiści, myślący o swoich sprawach. Mimo, że jest kimś szanowanym, do dziś nie dała rady przejąć dowództwa nad całą dywizją – chodzą pogłoski, że z przyjemnością zepchnęłaby dowódcę z tej posady. Nawet siłą. Póki co jednak musiała zadowolić się dowodzeniem nad niewielką grupą żołnierzy. Matka potrafiła jednak oddzielić pracę od rodziny. W domu nie mieliśmy wojskowego rygoru i choć mama nie była tak kochana i czuła jak potrafiły być matki, wiedzieliśmy, że byłaby w stanie zrobić dla nas wszystko. Potrafiliśmy to docenić. Ojciec również był Żandarmem, lecz nie tak wysoko ustawionym jak mama. Jako młody chłopak ukończył szkolenie z bardzo wysokim wynikiem, co też pozwoliło mu objąć posadę Strażnika królewskiego. Matka wielokrotnie wypominała mu, że jego praca polega na staniu i wysłuchiwaniu marudzenia rodziny królewskiej, że marmurowe podłogi im się znudziły i muszą sprawić sobie jakieś inne. Nie kłócili się jednak – ojciec jest bardzo spokojnym, cierpliwym człowiekiem i zawsze ustępuje, nie chcąc wywołać niepotrzebnej awantury. Choć początkowo O'Neill zamieszkiwali tereny Rose, zdecydowali się powiększyć swe wpływy i co najważniejsze – przenieść posiadłość do Siny. Okazało się to łatwiejsze, niż spodziewali. Nasza rodzina miała głęboko zakorzenioną tradycję, że każdy, bez wyjątku musiał trafić do wojska. Jako że ja i Killian byliśmy z głównej gałęzi rodziny, o ile tak to można nazwać, z góry przesądzone było, że musimy trafić do Żandarmerii. O'Neill wykorzystali tę tradycję, by podpisać swojego rodzaju umowę z jednym rodów szlacheckich zamieszkującego Sinę. Ci zaoferowali dużą posiadłość, w zamian za ochronę i opiekę. Nic dziwnego więc, że było nam pisane, by trafić do Żandarmerii. Wtedy byłam jeszcze zbyt mała, by się buntować. Poza tym, podobała mi się myśl, że mogę być tak szanowana i zauważalna jak matka. Nie myślałam o innych, równie ciekawych zajęciach. Dzieciństwo miałam beztroskie i spędziłam je na czytaniu, zabawie z bratem, grze na pianinie i nauce medycyny. O tak, medycyna była czymś niezwykle pasjonującym. Wiem, że Killian nie chciał walczyć. Nie mówił o tym otwarcie, jednak widziałam jego wzrok, gdy ktoś wspominał o szkoleniu. Był niechętny do ćwiczeń, książki o tytanach nie interesowały go. Chciał być beztroskim artystą – rysować, grać. I faktycznie, miał do tego niezwykły talent – przynajmniej wiem, kto zabrał moją część zdolności rysunkowych. Byliśmy nierozłączni. Ja, ruda dziewczynka, stąpająca twardo po ziemi i Killian – chłopiec spokojny, empatyczny i bardzo cichy. Uzupełnialiśmy się w każdej dziedzinie. Byliśmy idealnie dobrani.Wtedy nadszedł czas szkolenia. Jako trzynastolatka byłam bardzo pewna siebie i jeżeli chodziło o brata, potrafiłam walczyć jak lwica. Na nic zdały się rozmowy, że Killian na szkolenie zwyczajnie się nie nadaje, że on nie chce. Zarówno ojciec jak i matka byli nieugięci i postawili sprawę jasno, na koniec dodając bezczelnie, że jeżeli ja chcę zrezygnować, mogę to zrobić. Nie pozostało mi nic innego, jak dać z siebie wszystko i wspierać bliźniaka. Sam okres szkolenia wspominam naprawdę dobrze. Ba, to były chyba najlepszy okres z mojego całego życia. Na początku faktycznie, nie było łatwo. Większość osób pochodziło z Marii i Rose, więc dosyć krzywo patrzyli na mnie, jako mieszkankę Siny. Drażniło ich moje pochodzenie, moje nazwisko. O ile co do pochodzenia nie reagowałam, tak nigdy, ale to przenigdy nie odpuściłam, gdy ktoś posunął się za daleko i naruszył dobre imię O'Neill. Z drugiej strony jednak starałam się ich zrozumieć – czuli się niepewnie, gdyż zarówno ja i Killian mieliśmy zająć dwa miejsca z całej dziesiątki szczęśliwców, którzy dołączą do elity. A wiele osób było tam właśnie z tego powodu. Ich status majątkowy nie pozwalał na życie w Sinie, więc dostać się tam mogli,  tylko i wyłącznie przez dobre wyniki na szkoleniu. Z czasem przestali traktować nas jak bogate dzieciaki, które mają ochotę na fajną przygodę. Zyskałam szacunek ciężką pracą i tym, że niechętnie mówiłam o wstąpieniu do Żandarmerii. Głównie trzymaliśmy się z dziewczyną, którą rodzice upatrzyli jako narzeczoną dla mojego brata - przez swoje zachowanie szybko zaskarbiła sobie sympatię.

Będąc kadetem dostrzegłam o wiele ciekawsze rozwiązania niż pilnowanie Króla – Zwiadowcy czy Stacjonarka zdecydowanie bardziej pasowały do mnie. Postanowiłam, że jeżeli bratu uda się być w dziesiątce najlepszych, pójdę do Zwiadowców. Nie będzie mnie już potrzebował, bo za murami Siny ludzie są bezpieczni. Jeżeli jednak to się nie uda, wstąpię do oddziału Stacjonarnego, by mieć na niego oko. Można powiedzieć, że od jego wyników zależała moja dalsza przyszłość. W końcu miałam tylko jego i czułam obowiązek, by się nim opiekować. Zaczynałam powoli dostrzegać zmiany, zachodzące w bracie. Coraz mniej się starał, jego wyniki były coraz to słabsze, co wywoływało gniew rodziców. Choć nie mówił o tym otwarcie, widziałam, że zrobi wszystko, by nie być w dziesiątce najlepszych. Chciał pokazać rodzicom, że to do niego należy decyzja? Że nie mają na niego wpływu, bo to jego życie? Zapytany o powód, zbywał mnie.  Wszystko jednak rozstrzygnie się w dniu, w którym ukończymy szkolenie. Całe szczęście, że moja matka nie planuje szukać mi kandydata na męża - uznała, że skoro nie jestem dziedzicem całego majątku, mogę robić to co chcę. Nie wykluczam, że w przyszłości będę miała szczęśliwą rodzinę. Chcę jednak założyć ją z kimś, kogo sama wybiorę i wtedy, kiedy będę chciała.
Egzamin zakończył się powodzeniem, przynajmniej dla mnie. Udało mi się zająć piąte miejsce, tym samym zaspokajając rodziny. Inaczej było z Killianem, który mógł uplasować się wyżej, jednak nie chciał - ponieważ nie załapał się do pierwszej dziesiątki, mógł tylko pomarzyć o wstąpieniu do Żandarmerii. Tego dnia zgodnie zdecydowaliśmy, że Stacjonarka będzie dla nas odpowiednim oddziałem i choć trochę serce bolało mnie, że w żaden sposób nie przysłużę się ludziom, uznałam że bezpieczeństwo brata jest ważniejsze. Tego dnia zerwaliśmy kontakty z O'Neill. Zamieszkaliśmy w Marii i właśnie tam stacjonowaliśmy.

Dzięki ludziom których tam poznałam, udało mi się spojrzeć na sytuację w kraju z troszkę innej perspektywy. Porównywałam dostatnie życie mieszkańców Siny ze skromnym, prowadzonym w obrębie Marii. To było jak brutalne, acz pouczające oderwanie się od pięknej rzeczywistości. Wszystko zmieniło się wraz z rozbiciem muru.

Tego dnia stacjonowaliśmy na murze. Nic nie zapowiadało tragedii, która miała nadejść. Krzyk, panika, zmiażdżone pod gruzami ciała. Jakkolwiek staraliśmy się odeprzeć atak, to nie było możliwe. Co więcej, w ferworze walki straciłam z oczu Killiana. Jego ciało nigdy nie zostało odnalezione.


„Są rzeczy, o których wiesz, że prędzej umrzesz, niż o nich komukolwiek powiesz.
Rzeczy, o których wiesz, że lepiej byłoby umrzeć niż je zobaczyć.
Ja je widziałam."


Niedobitki z mojego oddziału przenieśli do Rose. Choć stałam się dużo cichsza i bardziej zamknięta w sobie, skupiłam się na pracy, której z powodu przeludnienia mieliśmy naprawdę dużo. Począwszy od kradzieży kończąc na tłumieniu niezadowolenia i buntu. Praca pozwalała zapomnieć mi o bólu, który wywołała śmierć kogoś tak dla mnie bliskiego.

Minęły trzy lata. Pogodziłam się ze stratą, całą swoją energię wkładając w pracę. Moje wysiłki zostały docenione, choć niekoniecznie tak, jakbym tego chciała - dostałam propozycję przejęcia dowództwa nad jednym z pododdziałów. Na dodatek zaczęłam kontaktować się z rodem O'Neill, od czasu do czasu odwiedzając ich w Sinie.
Nazywam się Marilee Ruari O'Neill. Moje imiona w wolnym tłumaczeniu oznaczają "gorycz, rudy król". Moja historia dopiero się zaczyna.



Ostatnio zmieniony przez Marilee dnia Czw Kwi 23, 2015 7:59 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Monarcha
Admin
avatar

Dołączył : 14/02/2013
Posty : 127

PisanieTemat: Re: Marilee O'Neill   Pon Sie 12, 2013 3:36 pm

Akceptuję, przepraszam za zwłokę i życzę miłej gry. c:

_________________


...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://monogatari.forumpl.net
 
Marilee O'Neill
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Shingeki no Kyojin ::  :: Rekrutacja :: Karty Postaci-
Skocz do: